Zaloguj się
Jeśli chcesz dodać notkę, zaloguj się!
| Użytkownik: | Falka | |
| Data rejestracji: | 23.08.2004 15:54 | |
| Ostatnia wizyta: | 13.05.2012 01:37 | |
| Ostatni wpis na blogu: | 09.11.2009 01:06 |
...
Recenzja, która nigdy nie powstała |
Komentarze: 2 |
| Jest sobie taka książka, duża, gruba, ciężka jak cholera. Obiecałam nawet napisać jej recenzję kiedyś, ale nie wyszło. Wszyscy o niej słyszeli. Niektórzy nawet przeczytali. Ale recenzji do Tawerny nie przysłał nikt. Dlaczego? Nie wiem jak inni, ale ja po prostu nie mogłam. Nie potrafiłam. Nie chodzi nawet o wrodzone lenistwo czy niechęć do pisania tekstów dłuższych niż 140 znaków (Twitter addict warning), chodzi raczej o strach przed porażką. Dziwne w kontekście recenzji, nie? No nie do końca ? książka wydała mi się na tyle ciekawa, wciągająca, niesamowita, że po prostu bałam się o niej pisać. Bałam się posądzenia o stronniczość (w końcu to jeden z moich ulubionych autorów sf), o brak jakiejkolwiek krytyki, o nie narzekanie na rzeczy, na które czasem inni narzekali w recenzjach, o niezrozumienie fabuły, ukrytych przesłań czy innych takich. Krótko mówiąc: wyszłam z wprawy w pisaniu recenzji i mnie to drażniło. Kolejnym powodem nienapisania recenzji była? presja. Presja, którą zawdzięczam samej sobie. Obiecałam tekst, ale na drodze stanęły wymienione wyżej problemy. Czas leciał, a ja widziałam, że w Tawernie jak nie było tej recki, tak dalej nie ma. I czułam się winna. A potem nagle przeczytałam w pewnym miejscu, że książki tej nie recenzują "zwykłe" ziny, bo przecież ziomkom to się nie chce ambitnej literatury czytać. No i szlag mnie trafił, bo mieli po części rację. Wprawdzie czytać się chciało, ale już z napisaniem gorzej. I chciałam bardzo napisać, żeby udowodnić, że się mylą, ale nie potrafiłam. Ot, niemoc twórcza. I tak oto nieszczęsna recenzja wisiała nade mną jak luty jakiś przez bite 16 miesięcy. Się myślało się o niej, to fakt, ale nic poza tym. Aż w końcu stało się. Idea spadła jak meteoryt tunguski. Serce stwardniało niczym zimnazo i sprawiło, że wyrzuty sumienia odeszły, zignorowane niczym przypowieści o Ojcu Mrozie gadającym z lutymi. Krótko mówiąc, wyrzuciłam plik z rozgrzebaną recenzją i została po nim tylko ocena w Biblionetce. Dlaczego więc ten tekst? Bo książce należy się recenzja i ocena 6. Za fabułę, za język, za postaci, za opisy, za Teslę, za ćmiatło, za zimnazo, za lute i za alternatywną historię Europy i carskiej Rosji. Niczym Tenacious D śpiewający o "the best song in the world", ja teraz oddaję hołd recenzji, która nigdy nie została napisana. I książce, którą przeczytać należy. | |
| Dodaj komentarz... | Falka, 09.11.2009 01:06 |
Papierowa Tawerna |
Komentarze: 1 |
| Zastanawiam się, jak najlepiej opisać papierową Tawerną, aby nie zostać posądzoną o stronniczość -- jak pochwalę, to będą się czepiać, że w końcu jestem w redakcji i pewnie chwaliłabym nawet wtedy, gdyby to skończony gniotek był; jak zjadę i wytknę baboble, to się odezwą głosy, że wbijam nóż w plecy i jak tak można, redakcja się stara, drukuje Tawernę, a ja narzekam... No nic, spróbuję obiektywnie. Czy się uda, zobaczymy. Wczoraj na wycieraczce, po wewnętrznej stronie drzwi (dodałabym "oczywiście", ale takie oczywiste to nie jest... czasem znajduję paczki leżące na zewnętrznej wycieraczce, jak widać pan listonosz się nie przejmuje, że paczkę ktoś może zwinąć, wiatr wywiać, a deszcz przemoczyć...) znalazłam tycią kopertkę z pieczątką CKGroup. Tycią nie znaczy tutaj "tycią", a "omg, to jest 2x mniejsze niż się spodziewałam!". Swoje znalezisko położyłam na biurku i zabrałam się za otwieranie: zdjęłam płaszcz (z siebie, nie z koperty), włączyłam kompa, zrobiłam sobie gorącą czekoladę (bo zimno było), znalazłam nożyk do listów (tak! mam coś takiego!), położyłam go obok kopertki, sprawdziłam emaile, napisałam Baziowi na gg, że Tawerna przyszła i... tak, w końcu otworzyłam kopertę! Mym pięknym oczom ukazał się cudny widok -- ładna, biała faktura, którą od razu wrzuciłam na kupkę z makulaturą. Oczywiście pod fakturką znalazłam zeszycik z dziwną okładką i przez myśl przeszło mi po raz kolejny "omg! wtf?! jakie to śmiesznie małe! :D" (tak, czasami też myślę uśmieszkami). Dokładnie obmacałam Tawernę, obwąchałam jeszcze dokładniej, jak na wiewiórkę przystało (pachniało lekko koperkowo) i powstrzymałam się od zakopania gazetki w ogródku -- aż tak zwiewiórczała nie jestem. Po dosyć dokładnym przeglądzie (łącznie z prześwietlaniem kartek w celu sprawdzenia, czy linijki tekstu po obu stronach nachodzą ładnie na siebie) doszłam do wniosku, że nie jest źle. Ba, jest nawet lepiej, niż się spodziewałam. Pierwsze skojarzenie, po przewertowaniu całości: Gwiezdny Pirat w wersji mini! Drugie skojarzenie: brak, bo zgłodniałam i poszłam żerować w okolicach lodówki. W każdym razie ciekawe wrażenie zrobiła na mnie okładka. Spodziwałam się totalnej porażki i lameriady, a tu miła niespodzianka -- wygląda przyzwoicie. Oczywiście, mogłoby być lepiej i mam nadzieję, że tak będzie za miesiąc. Bo mam zamiar kupić następny numer. Na chwilę obecną naszym mottem powinno być "Papierowa Tawerna RPG - mogło być gorzej!". Na szczęście nie było i nie będzie. Za to jest bardzo prawdopodobne, że będzie lepiej. | |
| Dodaj komentarz... | Falka, 03.10.2007 11:40 |
Odrobina masochizmu |
Komentarze: 8 |
| "Never read a book through merely because you have begun it." John Witherspoon Dotarło do mnie niedawno, że mam ciągotki masochistyczne. Tak, mnie też to przeraża. Jestem masochistką, koniec i kropka. Małą, bo małą, ale zawsze jakąś. No bo jak inaczej wytłumaczyć takie czytanie do samego końca książek, które drażnią, denerwują i powodują zalew krwii oraz chęć mordu? I czasem depresję? Takie doczytywanie do ostatniej strony tylko dlatego, że się zaczęło czytać? Męczę się od pewnego czasu z trylogią o skrytobójcy Robin Hobb. Pierwszy tom przeczytałam w miarę szybko. Drugi już nieco wolniej, choć ciągle z zapartym tchem i ogromnym zainteresowaniem - zdarzyło mi się nawet kilka razy dom ominąć, gdy wracałam z pracy z nosem w książce. Z trzecią częścią się męczę i kilka razy prawie rzuciłam tą kupką papieru. Powód: główny bohater jest idiotą (chociaż to i tak mało powiedziane). Ale mimo tej jego porażającej głupoty czytam dalej. Irytuję się i czytam. Korzystam z okazji, że mi w pracy komp nawala i czytam za każdym razem, gdy się to badziewie restartuje. I pewnie jak skończę tę notkę, to wrócę do książki. Ot, masochistka. Kiedyś podobnie męczyłam się z Mnichem, którego autora nie pamiętam. Chociaż powód był nieco inny - fabuła była ciekawa (tytułowy mnich chciał uwieść cnotliwą pannę, jakieś spółkowanie z szatanem też gdzieś się tam przewinęło), postacie również (chyba), ale sama książka przerażała - interpunkcją. Nauczyłam już się spokojnie i bez spazmów reagować na brak przecinków, bądź ich nadmiar. Kwiestia przyzwyczajenia, w końcu częste czytanie forum robi swoje. Ale kto to widział początki nowej liniii w środku wyrazu? Brak jakichkolwiek znaków interpunkcyjnych na całej stronie? Spacje w losowych miejscach?! Tego moja przewrażliwiona osoba nie była w stanie znieść i rzucała ksiażką. Dosłownie. A potem ją podnosiła i czytała dalej. Ot, masochistka. Przeczytałam kiedyś Wojnę polsko-ruską Masłowskiej. Nie podobała mi się. Nie interesowała mnie zupełnie. Drażniła. Irytowała. Denerwowała. Tragedia. Doczytałam do końca tylko dlatego, że chciałam wiedzieć, czym się ludzie tak zachwycali. Nie znalazłam tego. Żałuję straconego czasu. I nawet nie wiem, czy to sę liczy jako objaw masochizmu... O, jeszcze Wody głębokie jak niebo można by tutaj wymienić. Też cierpiałam podczas czytania i pewnie nie raz przeczytam ponownie. Bo pani Brzezińska napisała opowiadania straszliwie wciągające i szalenie smutne jednocześnie. Lektura psuła mi humor. Świadomość, że w złym humorze leżę rozwalona na plaży podczas pierwszych porządnych wakacji od kilku lat, ten humor jeszcze pogarszała. A mimo to czytałam dalej, bo nie potrafiłam, nie chciałam?, się oderwać. Ot, masochistka? Książek, z którymi się męczyłam i przez które cierpiałam, była masa. Na szczęście jednak mój masochizm ma swoje granice! Cieszmy się i radujmy, bo nie jest ze mną tak tragicznie. Pewnego dnia w me łapki wpadł Eragon. Przeczytałam 20 stron męcząc się straszliwie, po czym odpadłam. Nigdy więcej nie chcę tego widzieć. Czyżby była jeszcze dla mnie szansa? | |
| Dodaj komentarz... | Falka, 04.06.2007 23:18 |
Star Wars: Antologia Fanów 2009
Czarnoksiężnik z Północy
Ziemia skuta lodem
Dziewiąty mag - A.R. Reystone
Bitwa o Skandię - John Flanagan
Odwet orków
GONE – Zniknęli. Faza pierwsza: Niepokój
Kroki w nieznane 2008 - Antologia
Płonący most - John Flanagan
Ruiny Gorlanu - John Flanagan
Wojna goblina - Jim C. Hines
Świeca na wietrze - T. H. White
Odźwierny - Marina i Siergiej Diaczenko
Zamek Lorda Valentine'a - Robert Silverberg
Polaris - Jack McDevitt
Powrót orków - Michael Peinkofer
Alicja i Ciemny Las - Jacek Piekara
Droga Goblina - Jim C. Hines
Neuroshima: Łowca - Gabriel Kasprzak
Stacja tranzytowa/Rezerwat goblinów - Clifford D. Simak
Rycerz spod ciemnej gwiazdy - T. H. White
Obóz koncentracji - Thomas M. Disch
Astropia
451° Fahrenheita - Ray Bradbury
451° Fahrenheita - Ray Bradbury
Vita Nostra - Marina i Siergiej Diaczenko
Babel 17 - Samuel R. Delany
Wiedźma z lasu - T.H. White
Rytuał - Marina i Siergiej Diaczenko
Miasto szaleńców i świętych - Jeff VanderMeer
Miecz dla króla - T.H. White
Jak NIE zginie ludzkość - Andrzej Zimniak
Nadzy ludzie - Kir Bułyczow
Mąż czarownicy. Wielki czas - Fritz Leiber
Smykałka do wojny - Jack McDevitt
Najdłuższa podróż. The Best off... - Poul Anderson
Trzęsienie ziemi - Kir Bułyczow
Żołnierze kosmosu - Robert A. Heinlein
Wojna Zombie - Max Brooks
Niedobry Królewicz Karolek - John Moore
Astralnia - Zuzana Minichova
Rytuał, tom 2 - Dušan Fabián
Rytuał, tom 1 - Dušan Fabián
Zombie Survival - Max Brooks
Krąg doskonały - Sean Stewart
Powrót do Whorla - Gene Wolfe